Strona Główna arrow Sylwetki słynnych Sodalisów  
 
Historia Sodalicji:
Strona Główna
Powstanie SM
SM w świecie
SM w Polsce
Statuty dawnych SM
Z historii niektórych SM
Duchowość Sodalicji:
Katechizm sodalicyjny
Ceremoniały sodalicyjne
Modlitwy i pieśni sodalicyjne
Materiały formacyjne
Zakładanie i prowadzenie Sodalicji
Sylwetki słynnych Sodalisów
Internetowa Sodalicja Mariańska
Artykuły o Sodalicji Mariańskiej
Ciekawe linki

 

 
 
Sylwetki słynnych Sodalisów Utwórz PDF Drukuj Wyślij znajomemu

o. Mieczysław Łacek OSPPE

                 

      Jan Paweł II – Największy Sodalis

Bardzo ważna dla Jana Pawła II była przynależność do sodalicji. W 1982 r. Ojciec Święty w prywatnej rozmowie powiedział: Sodalicje posiadają specyficzny charakter różniący je od współczesnych ruchów młodzieżowych. Znam je dobrze. Przez dwa lata byłem prefektem Sodalicji Mariańskiej w Gimnazjum w Wadowicach. Sodalicja kształtuje całą osobowość człowieka. Ja zawdzięczam Sodalicji swoją maryjność.

Jan Paweł II jako młodzieniec zapisał się najpierw do kółka ministrantów w Wadowicach przy kościele Ofiarowania NMP. Mieszkał blisko kościoła. Kółkiem opiekował się ks. Kazimierz Figlewicz. Uroczyste przyjęcie do tego grona nastąpiło 14 grudnia 1935 roku. Jednocześnie został członkiem Sodalicji Mariańskiej w państwowym gimnazjum im. Marcina Wadowity. Była to Sodalicja Najświętszej Maryi Panny Królowej Korony Polskiej i św. Stanisława Kostki. Karol Wojtyła został jej sekretarzem, a potem dwukrotnie jej prezesem, prawie do końca nauki w gimnazjum (od 26 kwietnia 1936 r. do 20 marca 1938 r.). Rzetelnie i z wielkim oddaniem wypełniał statutowe obowiązki prezesa Sodalicji Mariańskiej. Swój udział w organizacji traktował bardzo serio. Moderatorem Sodalicji był wówczas prefekt gimnazjum ks. dr Edward Zacher. Przybył on do Wadowic z Zakopanego w 1932 r. Uczył Karola religii aż do matury i namówił go do grania w teatrze amatorskim działającym w Domu Katolickim. Sodalisi służyli ks. Moderatorowi do mszy św. Kard. Karol Wojtyła kiedy przybył do Wadowic na 50-lecie kapłaństwa swego katechety ks. Zachera, tak powiedział: Muszę się przyznać, że kiedy przybywam do tego kościoła, to w nim każdy kąt, każde miejsce w jakiś szczególny sposób do mnie przemawia. (...) Kiedy dzisiaj wszedłem do kościoła, musiałem spojrzeć na jedno miejsce, które zawsze pozostanie w mojej pamięci. To jest miejsce pomiędzy ławką, a pierwszym ołtarzem. A po chwili kardynał Wojtyła dodał: (...) Muszę powiedzieć, że trudno mi wyrazić, ile nauczyłem się tego prawdziwego i głębokiego nabożeństwa do Matki Bożej właśnie w tej Sodalicji... A jako Jan Paweł II 7 czerwca 1979 r. na Rynku w Wadowicach powiedział: Po ludzku pragnę wyrazy swej wdzięczności złożyć na ręce księdza prałata Edwarda Zachera, który [...] przemówił także i dzisiaj, na tym nowym etapie drogi mojego życia, która niczym innym nie da się wytłumaczyć, tylko niezmierzonym Bożym miłosierdziem oraz niezwykłą opieką Bogarodzicy, Matki Nieustającej Pomocy. Kiedy patrzę wstecz, widzę, jak droga mojego życia poprzez środowisko tutejsze, poprzez parafię, poprzez moją rodzinę, prowadzi mnie do jednego miejsca, do chrzcielnicy w wadowickim kościele parafialnym. [...] I mogłem jeszcze raz spojrzeć w oblicze Matki Nieustającej Pomocy w Jej wadowickim obrazie. A was wszystkich proszę, abyście przed wizerunkiem tej Matki otaczali mnie nieustanną modlitwą. [...] No, moi kochani, proszę was na koniec o to, żebyście nie przestawali się tutaj modlić za mnie przed tą Matką Boską Nieustającej Pomocy, bo papież, kto jak kto, ale Papież to nieustannej pomocy szczególnie potrzebuje („Pielgrzymka do Ojczyzny”, 1982, s. 198-200).

Jak wyglądała praca w Sodalicji Mariańskiej w Wadowicach w czasach prezesowania Karola Wojtyły? O tym dowiadujemy się, sięgając do miesięcznika „Przebudzenie” nr 11/2000. 

Źródła duchowości PAPIEŻA - Sodalicja Mariańska1

Zebrania Sodalicji

            Zebrania miesięczne Sodalicji Mariańskiej odbywały się z reguły w niedziele po Mszy św. Kilkunastoosobowa grupa sodalisów powracała z kościoła do świetlicy gimnazjalnej. Po chwili przychodził ks. Moderator i rozpoczynało się zebranie. W latach 1935 - 1938 w skład tej grupy wchodzili uczniowie z kilku klas w wieku od piętnastu do osiemnastu lat. Zebrania były prowadzone według podanego wzorca. Tak je zapamiętali koledzy sodalisi Karola Wojtyły, dziś już raczej nieliczni. Lecz jeśli program był typowy w formie to nie znaczy, że i w treści... Ustalano hasła (np. bądź konsekwentny) i omawiano je. Wygłaszane referaty i koreferaty zachęcały do dyskusji. Tematy były często trudne wtedy pomagał ks. Moderator, który umiejętnie, ale z wielką odpowiedzialnością zaszczepiał prawdy wiary do młodzieńczych serc.

            Do specjalnej skrzynki sodalisi wrzucali karteczki, na których kreskami zaznaczali wykonane dobre uczynki, śpiewali pieśni maryjne, a wśród nich Pani, w ofierze Tobie dzisiaj składam i O Maryjo, przyjm w ofierze, co Ci dzieci znoszą szczerze. Mogli pożyczać książki religijne i czasopisma, zwłaszcza poczytny był „Sodalis Marianus”.

            Ksiądz Moderator uczył sodalisów zawołań w języku łacińskim: Ut sodalis sim; Per Mariam ad maiorem Dei gloriam!; Nos cum Prole pia benedicat Virgo Maria!

            Wadowicka Sodalicja Mariańska uczestniczyła zawsze w uroczystościach kościelnych, zwłaszcza w procesjach. Nie zabrakło też organizacji maryjnej na mszach polowych, które były odprawiane przed kościołem wadowickim z okazji świąt narodowych. Obok Wojska Polskiego, Sokoła i młodzieży gimnazjalnej, bez trudu można było rozpoznać grupę młodych ludzi, którzy do klap mundurków szkolnych mieli przypięte medaliki z Matką Bożą, ozdobione niebieską kokardką.

Wymowny „kalendarzyk”

            Przechowały się kalendarzyki związku Sodalicyj Marjańskich Uczniów Szkół średnich w Polsce z lat szkolnych 1936/7 i 1937/8. Wydawał je ks. Józef Winkowski w Zakopanem. Z takich kalendarzyków korzystał Karol Wojtyła. Cóż one zawierają? Oprawiony w szarą okładkę kalendarzyk liczył 59 ponumerowanych stron. Rozpoczynał się 1 września, a kończył 31 sierpnia roku następnego. Do każdego miesiąca dobrany był stosowny cytat z Pisma Świętego oraz z utworów znanych polskich pisarzy. Na przykład: Samego siebie we wszystkim podawaj przykładem dobrych uczynków, w nauce, a powadze (Tt 2,7). Jedyną specjalnością, która hańbi człowieka jest próżniactwo (B. Prus). W kalendarzyku utrwalone były ważne wydarzenia, które powinien znać każdy uczeń. Przypominano rocznice narodowe Polski Niepodległej. Hasło roku 1936/37 brzmiało: Żyj w przyjaźni z Bogiem!

            A jak się uczyć? Szary kalendarzyk podawał garść najistotniejszych uwag na ten temat.

1. Lekcja szkolna. Nie lekceważ jej nigdy. Choćby cię sam przedmiot odstręczał, choćby ci się wydawała sucha i nudna. Nauka jest nie tylko przyjemnością to także znój. Wyzyskaj więc każdą godzinę lekcji, każdą odpowiedź kolegi, choćby nieudolną, dla skontrolowania twoich własnych wiadomości i sądu o danym zagadnieniu. Nawet z najnudniejszej godziny przy dobrych chęciach wyniesiesz dla siebie niespodziewanie dużo i ułatwisz sobie bardzo pracę domową. Chciej tylko każdą godzinę naprawdę przepracować.

2. Uwaga. Twoją ambicją powinno być zdobycie sztuki uważania na lekcji. Wiesz doskonale z doświadczenia, jak w szkole o to trudno. Czasem zdaje się, jakby w całej klasie zapanowało ciche sprzysiężenie nieuwagi. Temu trzeba wypowiedzieć walkę! Do tego powołani są sodalisi, którym ustawa nakazuje sumienne i wzorowe wypełnianie obowiązków szkolnych. Ktoś musi zacząć być tu rozumnym. Czemu nie ty? A może będzie was kilku? I już kwestia rozwiązana.

3. Praca domowa. Ze znaczenia tej części twojej pracy naukowej musisz sobie zdać sprawę. Musisz ją jako ogniwo włączyć w łańcuch całego twojego wykształcenia. Nie wolno ci jej więc traktować może z większą jeszcze niechęcią, niż ta, z którą czasem odnosisz się do rannej pracy w szkole. Rzymianie mówili: Quidquid agis, prudenter agas (Cokolwiek czynisz, czyń rozumnie!).

4. Czas pracy domowej. Rozumnie więc wybierz czas pracy twojej popołudniowej w domu. Nie zaraz po przyjściu ze szkoły ani zaraz po obiedzie. Powiedzmy więc sobie, że w zwyczajnych warunkach praca domowa powinna rozpocząć się około 15.30 i trwać do 17.00, względnie 17.30, by po podwieczorkowej przerwie (30 - 40 minut) dociągnąć znów do jakiejś 19 - 19.30. Te godziny powinny zasadniczo stanowić blok czasu pracy, blok nienaruszalny, bez wyjątkowych i bardzo ważnych przyczyn. Podobno dążysz do silnej woli.

5. Spokój zewnętrzny. Do pracy popołudniowej musisz się przygotować. Dobrze będzie, jeśli się przed nią przeżegnasz. To przecież praca sodalisa i służba Boża. Ale to mało. Musisz sobie w niej zapewnić możliwy spokój. Więc poproś domowników, aby ci w tych godzinach nie przeszkadzali. Jeśli będą z góry znać czas twej pracy, łatwiej im będzie się zastosować do twego życzenia, choćby z pewną ofiarą.

6. Skupienie. A teraz, gdyś już poczynił te przygotowania, zapragnij gorąco, szczerze skupić się nad tą pracą, którą masz wykonać. Czym uwaga w szkole, tym skupienie w pracy domowej. Jest to wielka sztuka i wielki dar Boży. Staraj się dojść do tego, że od chwili zajęcia się jakimś tekstem, jakimś zagadnieniem wszystko inne przestanie dla ciebie istnieć...

7. Podział materiału. Winien być podwójny. Tygodniowy i dzienny. Tygodniowy polega na jasnym zorientowaniu się w rozkładzie dni i godzin szkolnych i podziale ich na trudne i łatwe, co pozwoli należycie rozłożyć pracę. Podział dzienny to znów objęcie całości zadanych lekcji i przełożenie trudniejszych i mniej lubianych na początek pracy, a łatwiejszych lub przyjemniejszych na chwile pewnego zmęczenia. Odwrotne postępowanie jest niewłaściwe i szkodliwe.

8. Metoda pracy. Pamiętaj, że metoda, którą sobie wytworzysz w gimnazjum, zostanie ci na całe życie. A czy ty masz w ogóle racjonalną metodę uczenia się? Stwórz ją koniecznie i oprzyj na następujących zasadach:

a) ujmuj całość zadanej lekcji (ustępu historycznego, treści rozdziału z obcego języka, istoty zagadnienia matematycznego czy przyrodniczego),

b) staraj się zrozumieć myśl przewodnią autora,

c) wyodrębnij sprawy istotne, pierwszorzędne od nieistotnych, drugo- i trzecio- rzędnych, przyswój sobie najpierw istotne,

d) zastosuj możliwie największą samodzielność, unikaj mechanicznych, gotowych, a zabójczych dla twej rozwijającej się inteligencji pomocy.

9. Prace pisemne. Mają ogromną wartość kształcącą. Uczą ściśle myśleć, konkretyzować w możliwie jasnej i pięknej formie zagadnienia, sądy, poglądy... Uczą indywidualnego spojrzenia na nie. Są przez to wszystko podstawą opracowania referatów, artykułów i wszelkich utworów literackich, a także sztuki zabierania głosu w dyskusjach i w ogóle przemawiania publicznie. Przemyślenie tematu, zgromadzenie materiału i źródeł, dyspozycja, opracowanie szkicu etc., oto etapy znane powszechnie, ale zbyt mało stosowane w praktyce z wielką szkodą dla młodych umysłów.

O „Kalendarzyku” refleksji kilka

            Przytaczam te dydaktyczne uwagi ks. Józefa Winkowskiego sprzed sześćdziesięciu lat, albowiem nie straciły one nic na swej aktualności. Mają one znaczenie nie tylko praktyczne, ale głęboki sens moralny.

            Następne rubryki kalendarza obejmują podział godzin, spis profesorów i uczniów danej klasy, ostatnie świadectwo roczne, wynik klasyfikacji okresowych i wreszcie prywatną lekturę.

            W części informacyjno-praktycznej (ulgi kolejowe, taryfa pocztowa, numery kołnierzyka, obuwia, rękawiczek itd.) podane były dni wolne od nauki szkolnej, tj. wszystkie niedziele oraz: Wszystkich Świętych (1 XI), Dzień Zaduszny (2 XI), święto Niepokalanego Poczęcia NMP (8 XII), Oczyszczenie NMP (2 II), Popielec, Wniebowstąpienie Pańskie, Poniedziałek Zielonych Świąt, Boże Ciało. Ponadto dzień św. Stanisława albo św. Józefa, św. Wojciecha, św. Kazimierza zależnie od miejscowego zwyczaju prowincji kościelnej, ale zawsze tylko jeden dzień w roku; dzień Patrona zakładu; dzień 3-go Maja, dzień Komunii świętej szkolnej dwa razy w roku i trzy dni rekolekcji wielkopostnych. Ferie Bożego Narodzenia trwały stale od 23 XII do 9 I włącznie, ferie wielkanocne od Wielkiej Środy do wtorku po Wielkanocy. Rok szkolny rozpoczynał się 3-go września, a kończył 22 czerwca.

            W kalendarzyku na rok szkolny 1937/38 znalazło się hasło: Bądź katolikiem czynu! W domu i w szkole, na ulicy i na stadionie, w towarzystwie i na zabawie... wszędzie. Być katolikiem czynu to znaczy tworzyć katolicki czyn, najpierw we własnej duszy, potem w duszach drugich.

            Uwagi o lekturze można streścić w sposób następujący: lekturę należy podzielić na obowiązkową i na dowolną. Co do lektury obowiązkowej sprawa jest oczywista: przeczytania pewnych dzieł wymaga program szkolny. Natomiast przy doborze lektury nieobowiązkowej winniśmy się kierować pewnymi wytycznymi. Należy do nich przede wszystkim krótkość życia ludzkiego wobec olbrzymich zasobów arcydzieł literatury wszelkiego rodzaju. Na czytanie książek małowartościowych szkoda czasu. Wypracujmy sobie metodę polegającą na umiejętności skupienia uwagi na problemach trudnych i głębokich, uczmy się czytać z notatnikiem i ołówkiem w ręce, nie unikajmy powrotu do książki, która na nas wywarła wrażenie. Nic dodać, nic ująć.

            I jeszcze na koniec najprostsze zasady higieny: oddychaj zawsze nosem, pracuj w lecie przy otwartym oknie, nigdy nie śpij z głową nakrytą, unikaj miękkiej pościeli (jesteś mężczyzną i będziesz żołnierzem!), co dzień rano (a dobrze i wieczór) obmyj ciało do pasa zimną wodą, czyść dokładnie zęby, pokarmy żuj dokładnie, nie pij zimnej wody, gdy jesteś zgrzany, nie jedz wieczerzy bezpośrednio przed udaniem się na spoczynek, wstawaj wczas i wcześnie się kładź, szanuj skarb wzroku, włosy strzyż krótko, uprawiaj chętnie gimnastykę i wszelkie sporty, lecz nigdy nie przesadzaj, nie siedź nigdy w przemoczonych butach i skarpetkach, trzymaj się prosto, na świeżym powietrzu oddychaj głęboko, pełną piersią, słońce, powietrze i woda to twoi sprzymierzeńcy, nie zapominaj o nich, czerp z nich twą siłę, a przez długie lata będziesz krzepki i zdrów! Nie muszę wspominać o potępieniu używek i wszelkich form lenistwa.

            Nasuwa mi się pewne spostrzeżenie: nudne regulaminy, po przeczytaniu których lekceważąco wzruszamy ramionami, zawierają czasem więcej mądrości, aniżeli uczone księgi.

            Sodalisi maturzyści powinni w przełomowej chwili życia odprawić rekolekcje zamknięte i zastanowić się nad swą przyszłością. Młodzieńcy, którzy rozpoczynali studia akademickie, obowiązani byli wstąpić w szeregi Sodalicji Akademickiej.

            Karol Wojtyła jako student polonistyki na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Jagiellońskiego otrzymał 6-tego lutego 1939 r. legitymację Sodalicji Mariańskiej Akademików UJ w Krakowie. Należał do sekcji eucharystycznej i charytatywnej.



 

s. Jadwiga Batogowska

Św. Urszula Ledóchowska – uśmiechnięta Sodaliska

Na konsystorzu w Watykanie dnia 7 marca 2003 r. Ojciec św. Jan Paweł II oficjalnie podał do wiadomości, że w niedzielę l8 maja br. dokona kanonizacji św. Urszuli Ledóchowskiej - założycielki Zgromadzenia Sióstr Urszulanek Serca Jezusa Konającego.

Kim jest św. Urszula Ledóchowska?

Julia (w zakonie Urszula) urodziła się 17 kwietnia 1865 r. w Austrii pod Wiedniem jako córka hrabiego Antoniego Halka-Ledóchowskiego i hrabiny Józefiny Saliz-Zizers z pochodzenia Szwajcarki. Ojciec należał do rodu Ledóchowskich znanego w Polsce z tradycji patriotycznych. Wygnany z kraju po powstaniu listopadowym udał się do Austrii gdzie założył rodzinę. W roku 1883 rodzina Ledóchowskiej wraca do Polski i osiedla się w Lipnicy Murowanej kolo Bochni. Julia w 21. roku życia wstępuje do klasztoru Sióstr Urszulanek w Krakowie, gdzie składa śluby zakonne,  przyjmując imię Urszula. Tam z wielkim talentem prowadzi pracę wychowawczą w gimnazjum dla dziewcząt prowadzonym przez siostry. Przejawia też dużą aktywność apostolską w tamtejszym środowisku.

            W roku 1907 matka Urszula zostaje wysłana do Petersburga, gdzie obejmuje kierownictwo internatu dla polskich uczennic z gimnazjum przy parafii św. Katarzyny. Podejmuje też różne inicjatywy o charakterze apostolskim i ekumenicznym. Dzięki wysiłkom matki Urszuli stopniowo organizuje w Petersburgu autonomiczny urszulański dom zakonny. W roku 1914 matka Urszula zostaje wydalona z Rosji. Z ciężkim sercem wyjeżdża do Szwecji a następnie do Danii. W dość szybkim tempie przyswaja sobie języki skandynawskie i dzięki temu może na tamtych terenach działać apostolsko i patriotycznie. Wygłaszając odczyty o Polsce w krajach skandynawskich, matka współpracuje z Komitetem Pomocy Ofiarom Wojny w Polsce, założonym przez Henryka Sienkiewicza i Ignacego Paderewskiego w Szwajcarii.

            W roku 1920 matka Urszula przybywa do wolnej Polski wraz z siostrami i grupą dzieci - sierot po polskich emigrantach. Osiedla się w Pniewach k. Poznania. Status domu zakonnego w Petersburgu zostaje przeniesiony na wspólnotę zakonną w Pniewach, którą Stolica Apostolska zatwierdza jako nowe Zgromadzenie Sióstr Urszulanek Serca Jezusa Konającego. Włącza się ono dynamicznie w życie odbudowującej się ojczyzny przede wszystkim przez pracę wychowawczą. Zgromadzenie prowadzi przedszkola, rożnego rodzaju szkoły, bursy, internaty dla studentek a szczególnie włącza się w dzieło katechizacji. Duchowość Zgromadzenia określają głownie takie cechy jak: żarliwy kult Jezusa Eucharystycznego, maryjność oraz wierność Bogu i człowiekowi realizowane w Kościele Chrystusowym.

W swej pracy matka Urszula miała jeden główny cel - aby wszystkim dać Boga. Pociągała ludzi do Boga żarliwością swej wiary, pokorną prostotą, słoneczną dobrocią i wielką otwartością na każdego człowieka. Zmarła w opinii świętości 29 maja 1939 r. w Rzymie i tam została pochowana. Kult jej zaczął się stopniowo rozszerzać. Rozpoczęto proces beatyfikacyjny, który zakończył się beatyfikacją, dokonaną przez Ojca Świętego w Poznaniu 20 czerwca 1983 r. Na 50-tą rocznicę śmierci św. Urszuli - ciało jej w całości zachowane, zostało przewiezione w uroczystej pielgrzymce z Rzymu do Polski. Złożone w sarkofagu w kaplicy Domu Macierzystego Zgromadzenia w Pniewach w dniu 29 maja 1989 r.

Św. Urszula a Sodalicja Mariańska

            Jak już wspomniano, św. Urszula w swej pracy z młodzieżą przejawiała duży talent pedagogiczny. Otwarta była również na nowe inicjatywy apostolskie w Kościele, a nawet je inspirowała. Do takich należy Sodalicja Mariańska. Matka była głęboko przekonana o wielkiej wartości ideałów wychowawczych realizowanych w tej organizacji kościelnej.

            Pracując w klasztorze krakowskim zakłada internat dla studentek. Zaraz w pierwszym roku istnienia internatu podejmuje śmiały pomysł założenia Sodalicji Mariańskiej wśród studentek. I rzeczywiście, w roku 1906 powstaje w Krakowie pierwsza w Polsce Sodalicja Mariańska Akademiczek i słuchaczek Wyższych Kursów. Moderatorem jej został o. Józef Tuszowski, jezuita. Pierwsze publiczne wystąpienie młodej organizacji miało miejsce na procesji ku czci Serca Jezusowego wchodzącej z kościoła św. Barbary. Przed Najświętszym Sakramentem wśród przedstawicieli cechów asysty, szły z prezydentką Aliną Zaborską (późniejszą asystentką matki Ledóchowskiej). Na czele pierwsze przedstawicielki młodzieży akademickiej już z medalami sodalicyjnymi. Wtedy nikt jeszcze nie pomyślał, że za 30 lat tysiące młodzieży z wyższych uczelni polskich zrzeszone w Sodalicji Mariańskiej złożą uroczyste ślubowanie w Częstochowie u stóp Jasnogórskiej Królowej.

            Następnie podczas pracy wychowawczej w internacie w Petersburgu matka Urszula zakłada Sodalicję Mariańską dla uczennic polskiego gimnazjum. Pierwsze przyjęcie członków odbyło się uroczyście 8 grudnia 1908 r. W formacji duchowej członkiń Sodalicji, matka wielki nacisk kładła na konieczność prowadzenia pracy nad sobą, urabianie charakteru i formowanie prawidłowego sumienia. Poza Sodalicją uczennic założyła też matka w mieście Sodalicję Studentek i Pań. Moderatorem jej był ks. prałat Budkiewicz. Zebrania prowadziła przeważnie sama matka. Starała się wytworzyć atmosferę zaufania, dającą możliwość swobodnego wypowiadania się. Ich pracy formacyjnej przyświecało hasło: „Z wiary waszej czyn wasz  będzie!”

            Pierwsze uroczyste przyjęcie do Sodalicji dla trzech Kongregacji (uczennice, studentki, panie) odbyło się 22 maja 1908 r. w kaplicy internatu. Aktu tego dokonał ks. bp Jan Cieplak. W ten sposób Polki, kochające Maryję miały możność po raz pierwszy oddać się Matce Bożej na własność, na wierną służbę. I działo się to w mieście, gdzie rząd carski tak ograniczał swobodę kultu i surowo zabraniał tworzenia wszelkich stowarzyszeń w obawie konspiracji. Po wydaleniu z Rosji w 1914 r. matka Urszula działa w Szwecji.

            W niedługim czasie gromadzi wokół siebie grono osób, które czuły się ubogacane jej oddziaływaniem duchowym. W swoich zapiskach matka pisze: „Coraz więcej osób do mnie przychodziło. Panie zaczęły na mnie nalegać, bym założyła tak jak w Petersburgu Sodalicję Mariańską. Nie bardzo wiedziałam, co robić. Ojciec Benelius (jezuita) zachęcał, żeby zabrać się do dzieła, bo ojcowie czasu na to nie mają. Przyrzekłam, ze sprawą się zajmę. Panie zaczęły zbierać osoby pragnące należeć do Sodalicji. Dnia 19 marca 1915 r. za pozwoleniem o. Beneliusa i ks. bpa odbyło się u mnie pierwsze zebranie mariańskie, przygotowawcze, bo dopiero po zorientowaniu się, że jakoś pójdzie, chciałyśmy prosić o erekcję i afiliację do Prima Primaria. Dużo pań się zebrało...".

            Można powiedzieć, że przez okres swego czteroletniego pobytu w Szwecji matka Urszula wycisnęła trwale piętno na jej życiu katolickimi to nie tylko przez swą działalność, ale samą swoją osobą. Tworząc Sodalicję Mariańską, do której należały osoby z inteligencji, nie znające dokładnie religii katolickiej - matka Urszula znakomicie ukazała im istotę katolicyzmu. Dała paniom zrzeszonym w Sodalicji Mariańskiej głębokie oparcie duchowe uświadamiające czym jest katolicyzm oraz skąd czerpać swoją prężność i dynamizm.

            Następny teren działania apostolskiego matki Urszuli to odrodzona Polska. Wkrótce po powstaniu w 1920 roku Szkoły Gospodarczej Sióstr Urszulanek w Pniewach Matka zakłada dla uczennic Sodalicję Mariańską. Uroczystej erekcji tej Sodalicji dokonał ówczesny prymas Polski kard. Dalbor. W dniu 7 maja 1921 r. Matka na zebraniach wygłaszała konferencje, wprowadzając sodaliski w pracę wewnętrzną. Jako cel życia ukazywała im osiągnięcie świętości. W życiu codziennym ma być ona realizowana nie przez nadzwyczajności, ale przez wierne wypełnianie obowiązków z Bogiem i dla Boga. Przekonywała też, że szczególne związanie się dziewcząt z Matką Najświętszą przez przyrzeczenia sodalicyjne stanowi wielką pomoc na drodze do świętości.

W roku 1922 pasterz diecezji łódzkiej - ks. bp Tymieniecki wezwał siostry Urszulanki do działalności apostolskiej na terenie fabrycznej Łodzi. Wkrótce po rozpoznaniu środowiska matka Urszula założyła Sodalicję Mariańską dla świeckich nauczycielek i katechetek. Pierwszym moderatorem tej Sodalicji był sam ks. biskup. Matka co miesiąc przyjeżdżała na zebrania sodalisek, aby rozbudzać zapał dla realizacji ideałów sodalicyjnych oraz pomagać wychowawcom w poszukiwaniu nowych form oddziaływania na umysły i serca młodzieży. W Wilnie w 1927 roku założyła matka Urszula bursę dla uczennic szkół średnich a trochę później internat dla pielęgniarek. Wkrótce na terenie tego internatu powstała Sodalicja Mariańska pielęgniarek. W swej trudnej pracy wymagającej poświecenia pielęgniarki właśnie w Sodalicji znajdowały duchową ostoję. Z zebrań prowadzonych przez matkę Urszulę wynosiły żar miłości do chorych oraz zachętę, aby Matce Najświętszej z dziecięcą ufnością polecać siebie i pacjentów ich opiece powierzonych.

            Przytoczone tutaj fakty wyraźnie świadczą, że św. Urszula z wielkim przekonaniem inicjowała powstawanie Sodalicji Mariańskiej w różnych środowiskach. Należy się cieszyć, że w ten sposób dopomagała wielu osobom związać się na całe życie z Maryją Niepokalaną czyli odnaleźć najpewniejszą drogę ku świętości.

 („Sodalis Marianus” z. 2(3), rok 2003, 8-14)

 
 

ks. hm. Zbigniew Formella

ks. hm. Adam Leszczyński

Bł. Stefan Wincenty Frelichowski – harcerz i sodalis

Pełnił w niej przez dwa lata funkcję prezesa SM, dzięki czemu mógł uczynić bardzo wiele dobrego w kształtowaniu tych, którzy zostali mu powierzeni. Był wielkim czcicielem Matki Bożej. Pod opieką moderatora i wraz z innymi kolegami, po zdaniu matury, odbył rekolekcje na Jasnej Górze. Przyczyniły się one w poważnym stopniu do ugruntowania decyzji o pójściu drogą powołania kapłańskiego.

Wpływ na powołanie Stefana Wincentego Frelichowskiego miała niewątpliwie formacja, którą zdobył w Sodalicji Mariańskiej.

W 1930 r. sodalicja gimnazjalna liczyła 65 członków, z których 40 należało do sekcji misyjnej, a 25 do sekcji eucharystycznej. Stefan najprawdopodobniej brał udział w pracach obu sekcji. Raz w miesiącu ich członkowie gromadzili się na uroczystej Mszy św., natomiast wspólne zebrania, na których m.in. odczytywano referaty (o treści religijnej lub patriotycznej), odbywały się dwa razy w miesiącu. W ciągu roku szkolnego gimnazjalna sodalicja odbyła dziesięć zebrań miesięcznych i jedno walne zebranie. Frekwencja wynosiła ok. 90 %. 6 stycznia 1931 r. odbyła się „gwiazdka” połączona z wieczerzą w auli gimnazjum. W tym samym roku przyjęto również dziesięciu nowych członków.

Sodalicja była dla Stefana Wincentego miejscem modlitwy i wspólnoty. Rozwijał w niej duchowość eucharystyczną i maryjną. Stawał się świadomym i odpowiedzialnym katolikiem rozumiejącym podstawy wiary, które, co najważniejsze, umiał stosować w swoim życiu. Dzięki pracy z młodzieżą nabywał doświadczenie niezbędne w jego przyszłej służbie duszpasterskiej. W sodalicji uczył się również głosić swoje pierwsze katechezy.

Po jego wstąpieniu do Seminarium Duchownego w Pelplinie, 13 września 1931 r., dokonano wyboru nowego zarządu gimnazjalnej sodalicji. Prezesem został sodalis Czajkowski, a sekretarzem sodalis Majewski.

Urodził się 22 I 1913 r. w Chełmży jako trzeci syn Ludwika i Marty Frelichowskich. Na chrzcie, 29 stycznia, otrzymał imiona Stefan Wincenty. Drugie imię nadano mu dlatego, że był to patron dnia, w którym się urodził. To drugie imię bardziej się zresztą przyjęło i w gronie rodziny najczęściej nazywano go Wickiem. W sumie miał on dwóch starszych braci i trzy młodsze siostry. W Chełmży prowadzili własną małą piekarnię i sklep piekarniczo-cukierniczy. Rodzina Frelichowskich miała szczególne nabożeństwo do Serca Jezusowego, które to nabożeństwo przejął także ks. Wicek i które było mu nieraz wielką siłą i pomocą w najcięższych chwilach życia. Jego rodzice - Ludwik i Marta - otrzymali w dniu ślubu obraz Serca Jezusowego, który wisiał w domu na honorowym miejscu, a przed nim paliła się zawsze lampka oliwna. W pierwszy piątek miesiąca cała rodzina, łącznie z czeladnikami zbierała się tam na modlitwę i odmawiano litanię do Serca Jezusowego, natomiast przez cały okres Wielkiego Postu codziennie - litanię do Męki Pańskiej. Każdego dnia wieczorem zaraz po kolacji schodzili się też wszyscy, rodzina i pracownicy, na wieczorny pacierz.

         Od dziewiątego roku życia Wicek był ministrantem. Służenie do Mszy w. stało się odtąd jego codziennym, dobrowolnie przyjętym obowiązkiem. Po ukończeniu czterech klas szkoły powszechnej wstąpił Wicek w 1923 r. do ośmioklasowego męskiego gimnazjum humanistycznego w rodzinnym mieście. Na terenie gimnazjum działało kilka organizacji młodzieżowych, w tym 24 Pomorska Drużyna Harcerzy im. „Zawiszy Czarnego” oraz Sodalicja Mariańska. Obie jak najbardziej odpowiadały charakterowi oraz zapotrzebowaniu duchowemu Wicka - dawały mu też możliwości rozwinięcia jego naturalnych zdolności i służenia innym.

         Do harcerstwa wstąpił Wicek w marcu 1927 r., a w czerwcu tego samego roku złożył przyrzeczenie harcerskie. Szybko zdobył stopnie młodzika i wywiadowcy, a w następnych latach - już jako kleryk - dalsze. W 1934 roku został podharcmistrzem, a w 1935 otrzymał stopień Harcerza Rzeczypospolitej. Pełnił funkcje zastępowego zastępu „Lisów” oraz przybocznego drużyny. Sprawowanie tych funkcji dawało mu duże możliwości wychowawcze w stosunku do młodszych harcerzy. Brał też udział w kilku zlotach, wycieczkach i obozach, m.in. w 1928 r. w 28-dniowym kursie drużynowych w Horoszowej w ówczesnym województwie tarnopolskim oraz w 1929 r. w 13-dniowym zlocie harcerskim w Poznaniu. Prowadził też sklepik harcerski, gdzie miał okazję wykazać swoje zdolności kupieckie.

         Sodalicja Mariańska, z którą również związał się Wicek, jako uczeń gimnazjum, starała się wychowywać swoją młodzież na świadomych katolików, znających i rozumiejących podstawy wiary chrześcijańskiej i umiejących stosować je w życiu, w oparciu o szczególne nabożeństwo do NMP, którą sodalis obierał sobie za swoją matkę i całkowicie jej się oddawał. W czwartej klasie gimnazjalnej, dnia 26 V 1927 r. Wincenty został przyjęty do Sodalicji. Dyplom podpisał m.in. ks. Feliks Baniecki, który był moderatorem Sodalicji, a równocześnie prefektem w gimnazjum, i z którym Wicek następnie bliżej współpracował, pełniąc przez dwa lata funkcję prezesa Sodalicji.

         Tak więc dwie organizacje wywarły wielki wpływ na kształtowanie się charakteru i postawy życiowej przyszłego kapłana, a także zaprawiały go - m.in. poprzez piastowane stanowiska - do pracy z młodzieżą, co też Wicek wykorzystał w pełni w swoim późniejszym życiu kapłańskim. Jak poważnie podchodził on do swoich obowiązków związanych z funkcjami pełnionymi w harcerstwie i Sodalicji, świadczą jego refleksje zanotowane w pamiętniku, który prowadził od 17 roku życia. W styczniu 1930 r. w związku z przewidywanym objęciem funkcji prezesa w Sodalicji oraz drużynowego w harcerstwie, zastanawiał się, jak mógłby poprowadzić drużynę. Zdawał sobie sprawę, że „harcerstwo... ma idealne zasady i idee. Aby je poprowadzić i wpoić, trzeba je wpierw dobrze posiadać, tego mi brak... pchać drużyny, aby wegetowała, nie chcę, a na wyżyny jej nie dostanę”. Jednak nie rezygnował i aby podnieść drużynę na wyższy poziom, naszkicował dla niej trzyletni program pracy. Obok wyrabiania u harcerzy karności, rozwijania wiedzy polowej podczas obozów harcerskich, kładł wielki nacisk na wartości duchowe, starał się wychowywać młodzież na dobrych Polaków, gdyż sam - jak wynika z jego licznych wypowiedzi, a także własnej postawy życiowej - był gorliwym patriotą w najlepszym słowa tego znaczeniu.

         Z pamiętnika wyłania się sylwetka żywego, młodego człowieka z krwi i kości, bardzo aktywnego, przedsiębiorczego, solidnego w pracy i odpowiedzialnego, o zdolnościach przywódczych, a przy tym refleksyjnego. Nie brak mu było samokrytycyzmu, miał świadomość swoich słabości i braków, ale też i tego, że tkwią w nim liczne talenty. Zastanawiał się też poważnie nad własnym życiem i doszedł do wniosku, że zależy ono od Boga, ale i od jego własnej woli i charakteru. Chciał z uporem stawać się dobrym chrześcijaninem, tak jak to czynili święci. W czerwcu 1931 roku zdał Wicek maturę w Pelplińskim Gimnazjum Humanistycznym w Chełmży. Jak pisał w swoim pamiętniku, zasadą jego było tak przerobić materiał, „by napisać maturę wbrew ogólnym metodom uczniowskim, bez żadnej ściągi i bez pomocy, co mu też się udało”. Omawiając dzieciństwo i młodość Wincentego oraz czynniki, które wpłynęły na jego postawę i pomagały mu kształtować swój charakter i powołanie, nie można pominąć jego rodziców. Ojciec jego był bardzo dobry, łagodny, matka natomiast była energiczniejsza, i jak wynika z listów pisanych z obozu oraz niektórych wzmianek w pamiętniku, właśnie ona miała duży wpływ na kształtowanie postawy wewnętrznej syna, który był nawet zewnętrznie do niej podobny. Była to kobieta niezwykła: bez większego wykształcenia, ale o ogromnej głębi duchowej. Czuło się jej głęboką wiarę, ogromne zaufanie Bogu, a przy tym pokój wewnętrzny, mimo wszystkich ciężkich doświadczeń życiowych. O jej mądrości niech świadczą dwa fakty. Gdy w czasie śmiertelnej choroby syna Czesława, studenta l roku prawa Uniwersytetu Poznańskiego, w marcu 1930 r. Wicek zwierzył się matce, że jeżeli brat wyzdrowieje, to on zostanie księdzem, odpowiedziała mu, że sprawy tej nie może uzależniać od zdrowia Czesia, lecz musi ją osobiście przemyśleć i przemodlić. Podobnie, gdy po dwóch czy trzech latach pobytu w seminarium, Wicek przeżywał kryzys swego powołania i nie wiedział, czy Pan Bóg chce go mieć na tej właśnie drodze, czy też ma wystąpić z seminarium, mądra matka - mimo, że bardzo, chciała mieć syna kapłana - odpowiedziała mu, że w tej sprawie musi zdecydować sam. Jesienią 1931 r. Stefan Wincenty wstąpił do WSD w Pelplinie. Była to wielka zmiana w życiu 18-letniego młodzieńca, który całe swoje dotychczasowe życie spędził w domu rodzinnym z rodzicami, rodzeństwem oraz licznymi kolegami, często z przyjaciółmi, jeszcze z lat dziecinnych. Zgodnie ze swoim żywym temperamentem i otwartością na wszelkie potrzeby ludzkie, włączał się do różnych dzieł, w których mógł zaradzić ludzkim biedom zarówno duchowym jak i materialnym. Działał więc w kleryckim ruchu abstynenckim, włączył się do akcji misyjnej, najbliższa mu była jednak, jak to podkreślają jego koledzy seminaryjni, działalność charytatywna. Znany był więc m.in. ze swej intensywnej pracy na terenie Caritasu diecezjalnego w Pelplinie.

         Przez cały okres pobytu w seminarium pozostał nie tylko wierny swemu przyrzeczeniu harcerskiemu, ale rozwijał działalność na tym polu, i to zarówno w samej uczelni jak i na terenie miasta.

         W niedzielę 14 III 1937 r. diakon Stefan Wincenty Frelichowski otrzymał w katedrze pelplińskiej święcenia prezbitera z rąk ordynariusza chełmińskiego, ks. bp dr Stanisława Wojciecha Okoniewskiego. Ks. Biskup - prawdopodobnie doceniając wartości intelektualne, duchowe i organizacyjne neoprezbitera - mianował go swoim kapelanem i osobistym sekretarzem. 2 VII 1938 r. został mianowany trzecim wikariuszem przy kościele NMP w Toruniu. Tam zgodnie ze swymi postanowieniami jeszcze z seminarium zajął się przede wszystkim pracą z dziećmi i młodzieżą. Jako wikary w Toruniu kontynuował też ks. Wincenty prace w harcerstwie. Za zgodą ks. bp. ordynariusza przyjął funkcję kapelana Chorągwi Pomorskiej. Na tym stanowisku starał się realizować program naczelnego kapelana ZHP, ks. hm Mariana Luzara, a następnie w gorącym, niespokojnym okresie sierpnia 1939 r. uczestniczył w Pogotowiu Harcerek i Harcerzy. We współpracy z najofiarniejszymi harcerzami niósł też później pomoc duchową i charytatywną uciekinierom i innym potrzebującym, których było bardzo dużo. Został zapamiętany z tego okresu również jako dobry kaznodzieja, gorliwy opiekun ministrantów, kapłan grający w piłkę, spowiednik dzieci i młodzieży.

         17 października 1939, został aresztowany przez gestapo i to był początek jego trwającej 5 lat i 4 miesiące drogi męczeńskiej przez toruński Fort VII, obozy koncentracyjne w Stutthofie, Sachsenchausen, Dachau, aż do śmierci w dniu 23 II 1945 r. po zarażeniu się tyfusem plamistym, kiedy pomagał innym zarażonym więźniom. Po jego śmierci w obozie wydarzyła się rzecz bez precedensu, fakt zdawałoby, się nie do pomyślenia w obozie koncentracyjnym. Oto władze obozowe wyraziły zgodę, aby jego zwłoki, zamiast zostać od razu zawiezione do krematorium na spalenie, jak przewidywał regulamin, mogły być wystawione na widok publiczny. Przy trumnie znalazły się nawet kwiaty, a więźniom pozwolono na odwiedzenie go.

Ks. phm. Stefan Wincenty Frelichowski to z jednej strony człowiek niezwykły, a z drugiej strony jednak to najnormalniejszy człowiek, wesoły, żywy i bezpośredni. Wyposażony był hojnie w dary naturalne: ujmującą powierzchowność, łatwość wypowiadania się i nawiązywania kontaktów z ludźmi, widoczną szczerą życzliwość dla wszystkich, piękny głos, pogodne usposobienie, wrodzoną aktywność i zdolności przywódcze - wszystkie te cechy powodowały, że był ogólnie lubiany i umiał pociągać za sobą innych, szczególnie młodych. Te wrodzone umiejętności i skłonności pogłębiły się i rozwinęły dzięki pomocy kilku czynników. Wzrastał w rodzinie wielodzietnej, co sprzyjało wyrobieniu społecznemu a rodzice dawali przykład pracowitości i poświęcenia. Następnie, jeszcze w latach szkolnych przyszły ksiądz rozpoczynał systematyczną pracę nad sobą, co widać z kart jego pamiętnika. Także praca w harcerstwie przyczyniła się do jego rozwoju.

         Ówczesne harcerstwo kierowało się szczytnymi ideałami, wyrabiało w młodych różne wartości, m.in. piękny, wolny od nacjonalizmu patriotyzm oraz pełen życzliwości stosunek do wszystkich ludzi i gotowość niesienia im pomocy. Przykładem patriotyzmu młodego Stefana niech będzie ułożona przez niego modlitwa. „Boże, Ty dasz, że życie nasze całe poświęcić chcemy w służbie dla Ciebie i Narodu. Umocnij więc wolę naszą, uświęć i pobłogosław każdy czyn, podjęty wspólną pracą. Przybliż szczęście drogiej nam ziemi! Niech wysiłki ojców naszych, co w obronie jej niepodległości życie swe oddawali, przypominają zawsze, że krwią rozpoczęte dzieło, my trudem życia codziennego kończyć mamy. Dla siebie o pomoc, dla Polski o pokój i rozkwit prosimy Cię, Panie! Amen”.

         Proces beatyfikacyjny rozpoczęty został w Pelplinie w 1964 r., a zakończony na etapie diecezjalnym w Toruniu 18 II 1995 r. Podczas pobytu w Toruniu - 7 czerwca 1999 r. Ojciec w. Jan Paweł II dokonał beatyfikacji Sługi Bożego - ks. Stefana Wincentego Frelichowskiego.

Źródło: http://www.katolik.pl/druk.php?id=497&st=artykuly&id_r=&rodzaj


Mariusz Ratajkiewicz

 

Generał Józef Haller i jego „Błękitna Armia”


  
Generał Józef Haller był nie tylko wybitnym dowódcą i oficerem słynącym z  nieskazitelnej uczciwości. Był także człowiekiem żarliwej wiary którą łączył z głębokim i szczerym patriotyzmem. W uznaniu jego zasług dla sprawy narodowej oraz dokonań na polu chwały władze Warszawy nadały mu 21 kwietnia 1919 roku tytuł honorowego obywatela naszego miasta.

        Przyszły bohater spod Rarańczy i Kaniowa urodził się 13 sierpnia 1873 roku w Jurczycach nieopodal Krakowa, w rodzinie Henryka i Olgi z Treterów. Niewątpliwie wielki wpływ na jego osobowość i całe późniejsze życie wywarła atmosfera głębokiej religijności, panująca w domu rodzinnym, w tym zwłaszcza podzielane przez wszystkich członków rodziny szczególne uwielbienie Matki Bożej (sam Józef należał w dzieciństwie do Sodalicji Mariańskiej). Obok wartości religijnych ogromne znaczenie w kształtowaniu psychiki i morale późniejszego dowódcy armii polskiej we Francji miały także rodzinne tradycje patriotyczne — jego ojciec walczył w Powstaniu Styczniowym, a dziadek ze strony matki brał udział jako oficer wojska polskiego w wojnie 1831 roku.

W 1882 roku Hallerowie przenieśli się do Lwowa, gdzie Józef rozpoczął naukę w gimnazjum z wykładowym językiem niemieckim. Pragnął bowiem — jak wielu innych naszych rodaków w Galicji poświęcić się karierze zawodowego oficera w armii austro-węgierskiej. Po ukończeniu z wyróżnieniem szkoły średniej, studiował w elitarnej Wyższej Szkole Realnej w Hranicach (do której uczęszczali między innymi książęta z panującego rodu Habsburgów), a także na oddziale artylerii w słynnej wiedeńskiej Akademii Technicznej. Po ukończeniu studiów otrzymał stopień podporucznika i rozpoczął służbę w armii austriackiej.

       W 1910 roku podjął jednak decyzję o wystąpieniu z wojska, której motywy przedstawił w liście do jednego ze swych przyjaciół: „Osiągnąwszy stopień kapitana i nie mogąc niczego więcej w armii austriackiej nauczyć, opuszczam ją, by w inny sposób służyć  swemu krajowi, aż do chwili, w której Ojczyzna będzie mnie potrzebowała”. Po odejściu z armii zajmował się pracą w Towarzystwie Kółek Rolniczych oraz działał aktywnie w ruchu spółdzielczym, organizując m.in. kursy z zakresu hodowli i mleczarstwa.

       Osobną, niezwykle ważną kartę w jego ówczesnej działalności publicznej stanowi praca na rzecz patriotycznych stowarzyszeń młodzieżowych, przede wszystkim „Sokoła” oraz tworzącego się właśnie na ziemiach polskich ruchu skautowego. Od połowy 1912 roku pełnił funkcję instruktora wojskowego w tych organizacjach, prowadząc kursy żołnierskie i oficerskie przygotowujące młodzież do walki zbrojnej o niepodległość Polski. W 1913 roku, wraz z grupą czołowych działaczy polskiego skautingu, przygotował wzory oznak terminów harcerskich. Warto przypomnieć, że miał także swój znaczący udział w stworzeniu projektu Krzyża Harcerskiego, dla którego inspirację stanowił - obok innych wzorów krzyż Virtuti Militari.

W Legionach

      Kiedy w ostatnich dniach sierpnia 1914 roku z inicjatywy Koła Polskiego w wiedeńskiej Radzie Państwa rząd austriacki podjął decyzję o tworzeniu Legionów Polskich, zaczęto formować we Lwowie tzw. Legion Wschodni pod dowództwem generała Adama Pietraszkiewicza. Ówczesny kapitan Haller był jednym z najaktywniejszych organizatorów tej formacji, powstającej z połączenia Drużyn Polowych „Sokoła”, Drużyn Bartoszowych oraz części Polskich Drużyn Strzeleckich.

       Jednak odmowa złożenia przysięgi przez żołnierzy polskich w wersji przygotowanej przez dowództwo austriackie spowodowała rozwiązanie Legionu wkrótce po jego sformowaniu.

       W początkach września Hallerowi powierzono stanowisko dowódcy 3. pułku Legionów, wchodzącego w skład II Brygady, awansując go jednocześnie do stopnia podpułkownika. 30 września 1914 roku, II Brygada wyruszyła z Krakowa w kierunku Węgier. W ciągu następnych miesięcy żołnierze polscy dowodzeni przez Hallera z ogromnym poświęceniem wspomagali obronę przełęczy karpackich przed nacierającymi wojskami rosyjskimi. Między innymi w końcu stycznia 1915 roku, wykazując ogromne bohaterstwo, odparli gwałtowny atak Rosjan w rejonie Marmorasz-Siget, czym zaskarbili sobie uznanie i wdzięczność dowództwa austriackiego. Wiosną 1916 roku pułkownik Haller wszedł w skład tzw. rady pułkowników, a lipcu tego roku został dowódcą II Brygady Legionów. W wielu relacjach z tych lat można znaleźć opisy faktów i zdarzeń, które świadczą o niezwykłej uczciwości tego  wybitnego oficera. Na przykład powszechnie podkreśla się, że podczas  gdy armii austriacka dokonywała regularnych grabieży, Haller nakazał podległym sobie służbom  zawsze płacić za wszelkie zarekwirowane rzeczy, aby nie ograbiać i tak już zrujnowanej wojny ludności cywilnej. Znamienne jest to, że w tym okresie w jednym ze swych rozkazów podkreślał także szczególną rolę, jaką mają do spełnienia kapelani wojskowi. Pisał w nim m.in.: „Od zrozumienia swego zadania i patriotyzmu kapelanów zależy w dużej mierze stan psychiczny wojska, o które w czasach wojny więcej niż kiedykolwiek dbać należy, gdyż tylko siła moralna, popierająca siłę fizyczną, decyduje o zwycięstwie”.

      W połowie lutego 1918 roku, protestując przeciw postanowieniom traktatu brzeskiego, zdecydował się przedrzeć wraz z dowodzoną przez siebie II Brygadą przez front austriacko-rosyjski pod Rarańczą i połączyć z jednostkami II Korpusu Polskiego w Rosji. W kwietniu tego roku otrzymał awans na generała i objął dowództwo nad polskimi siłami zbrojnymi powstałymi z połączenia II Brygady i II Korpusu. W nocy z 10 na 11 maja Niemcy zaatakowali jednostki polskie znajdujące się wówczas w okolicach Kaniowa. Po całodziennej bohaterskiej walce, gdy całkowicie wyczerpały się zapasy amunicji, nasi żołnierze złożyli broń. Pragnąc uniknąć internowania, generał Haller pod przybranym nazwiskiem „Mazowiecki” przedostał się przez Kijów do Moskwy, gdzie stanął na czele Polskiej Komisji Wojskowej. Następnie znalazł się w Murmańsku, skąd wyruszył do Paryża. W październiku 1918 roku, z polecenia Komitetu Narodowego Polskiego, objął dowództwo Armii Polskiej we Francji (od koloru mundurów zwanej błękitną armią).

W służbie Niepodległej      

Jak już wspomniałem, w dowód uznania dotychczasowych zasług generała władze Warszawy nadały mu w kwietniu 1919 roku tytuł honorowego obywatela stolicy odrodzonej Rzeczypospolitej. W październiku tego roku objął on dowództwo nowo utworzonego Frontu Pomorskiego, który powstał w celu przejęcia z rąk Niemców Pomorza, na mocy postanowień traktatu wersalskiego.

         W czasie wojny polsko-bolszewickiej generał Haller otrzymał funkcję Generalnego Inspektora Armii Ochotniczej. Podczas Bitwy Warszawskiej dowodził wojskami broniącymi przedpola stolicy. Od sierpnia do października 1920 roku wchodził też w skład Rady Obrony Państwa i dowodził Frontem Północno-Wschodnim. Następnie w latach 1920—1926 pełnił funkcję Generalnego Inspektora Artylerii oraz przewodniczącego Najwyższej Wojskowej Komisji Opiniującej. Był członkiem Rady Wojennej, szefował też Związkowi Hallerczyków, a od 1921 roku przewodniczył Związkowi  Harcerstwa Polskiego. W latach 1922-1927 posłował na Sejm z listy Chrześcijańskiego Związku Jedności Narodowej. Był nieprzejednanym wrogiem Józefa Piłsudskiego i sanacji, natomiast silne więzy łączyły go z obozem narodowym. Na początku lat 30. był bardzo zaangażowany w tworzenie terenowych struktur Obozu Wielkiej Polski na Pomorzu, na którym mieszkał.

        Po wybuchu II wojny światowej przedostał się przez Rumunię do Francji, gdzie oddał się do dyspozycji generała Władysława Sikorskiego. Krótko wchodził w skład jego gabinetu jako minister bez teki. Na przełomie lat 1939/1940 odbył podróż do Stanów Zjednoczonych, pragnąc zachęcić Polaków zamieszkałych za Oceanem do wstępowania w szeregi polskich sił zbrojnych na Zachodzie. Po upadku Francji, przez Hiszpanię i Portugalię dotarł do Anglii. W latach 1940-1943 pełnił funkcję ministra oświaty w Rządzie Polskim na Wychodźstwie.

          Po wojnie zdecydował się nie wracać do zniewolonej przez komunistów Polski i pozostał na stałe w Wielkiej Brytanii. Jak pisze we wspomnieniach przyjaciel generała ksiądz Jastrzębowski: „(...) żył bardzo skromnie. Czytał bardzo wiele i do ostatnich swych chwil żywo interesował się życiem politycznym i społecznym. Na ścianach — wizerunek Chrystusa, zdjęcia kościołów krakowskich, obrazy polskich malarzy, duża fotografia ojca Maksymiliana Kolbego. (...) Był niezmiernie żywy i towarzyski. Zadziwiał jasnością i głębią umysłu, nieprawdopodobną pamięcią i siłą woli”.

         Generał Józef Haller zmarł 4 czerwca 1960 roku w Londynie. W 1993 roku jego prochy spoczęły w Ojczyźnie.

 (Źródło: Wiadomości Archidiecezji Warszawskiej, Rok XCV, sierpień 2005, Nr 8 (1006), s. 1083-1086.)

Ps.  Rok 1919. Kończy się wojna. Do Krakowa przybywa Naczelny Wódz „Błękitnej Armii Polskiej”, gen. Józef Haller. Przed nim to o. prowincjał jezuitów rozkłada w kaplicy sodalicyjnej przy kościele św. Barbary starą Księgę Wpisową, w której, po 146 latach przerwy, umieszczono nowy, imponujący zapis: „W tej przesławnej, najcenniejszych mężów Księdze, w której wpisy potrójnym rozbiorem Ojczyzny i zagładą Towarzystwa Jezusowego przerwano, na długi szereg lat zostały zamknięte, obecnie, pod znakiem najszczęśliwszym Zmartwychwstającej Ojczyzny, Ten na pierwszym miejscu swoje imię kładzie, który będąc spadkobiercą męstwa i pobożności dawnych przodków, a zastępów Mariańskich najgodniejszym członkiem, wojenną Narodu sławę daleko i szeroko rozniósł, i w tych najtrudniejszych Rzeczypospolitej czasach, ściągając ku sobie umysły wszystkich, dziwnie nadzieje nasze wszystkie ożywił”. Pod zapisem położył podpis Józef Haller w dniu 14 czerwca 1919 r., a dziękując za zaszczytne wyróżnienie dodał, że «nie tyle trzeba nam bać się wroga zewnętrznego, ile trzeba nam się skupić i zjednoczyć wewnętrznie, a przede wszystkim  zachować spokój i powagę, a nie dać się porwać hasłom wywrotu i podburzać jednych przeciwko drugim»”

(Z książki Zofii Rymarównej, Przewodnik Sodalicji Mariańskich w Polsce, Kraków 1997, s. 53).

[Sodalis Marianus 4 (13), 2005, 27-31]


ks. Jan Zając

Dyrektor Młodzieżowego Ośrodka Rekolekcyjnego na Śnieżnicy

Ks. Józef Winkowski (1888 -1951) założyciel Kolonii na  Śnieżnicy

      Ks. Józef Winkowski urodził się 23 I 1888 w Rzeszowie, gdzie jego ojciec uczył łaciny i greki, niedługo potem przeniósł się do Krakowa, gdzie był profesorem III Gimnazjum im. Sobieskiego. Józef miał jeszcze młodszą siostrę Marię. Mieszkali przy ul. Karmelickiej a potem Wolskiej (dziś Piłsudskiego), do kościoła chodzili przeważnie do Sióstr Felicjanek na Smoleńsku, gdzie mały Józef był cenionym ministrantem. Maturę zdał w 1906 r. w Cieszynie, gdzie w gimnazjum ojciec był dyrektorem przez 5 lat, zwerbowany przez Polską Macierz Szkolną dla propagowania polskości. Po powrocie pod Wawel Józef rozpoczął studia na polonistyce UJ, a ojciec był do końca życia (1937 r.) dyrektorem V Gimnazjum. Był też działaczem w wielu organizacjach naukowych i patriotycznych; nauka i działalność społeczna wypełniały całe jego życie. Ojciec Józefa Winkowskiego inaczej widział przyszłość syna i nie mógł się pogodzić z jego powołaniem kapłańskim, które Józef przez szacunek dla ojca ukrywał dłuższy czas studiując na UJ i zwlekając z oznajmieniem ojcu decyzji o wstąpieniu do seminarium, które rozpoczął w październiku 1910 r. Święcenia kapłańskie otrzymał 29 VI 1914 r. w katedrze wawelskiej z rąk kard. A. Sapiehy. Zaraz też został katechetą w zakopiańskim gimnazjum, zamieszkał w parafii przy kościele św. Rodziny. Niedzielne Msze św. dla młodzieży odprawiał w starym, pierwszym zakopiańskirn kościółku. Nie poprzestawał na katechizacji (choć uczy też łaciny i czasem niemieckiego), organizował różne spotkania młodzieży, rekolekcje, dni skupienia, nabożeństwa i wieczory patriotyczne.

        Największym dziełem było założenie w 1919 r. szkolnej Sodalicji Mariańskiej i prawie zaraz potem - miesięcznika dla niej przeznaczonego „Pod znakiem Maryi”, którego był redaktorem, a młodzież — skutecznymi kolporterami. Skromny w sposobie bycia, zawsze życzliwy, choć raczej zamknięty w sobie, niezwykle pracowity i systematyczny, zjednywał sobie a raczej dla swojej działalności wielu przyjaciół. Byli to tak bardzo potrzebni dobrodzieje, ofiarodawcy wspierający liczne dzieła ks. J. Winkowskiego.

        Jesienią 1927 r. zaczął przemyśliwać nad założeniem na Śnieżnicy kolonii letniej dla sodalicji. Przez kolejne 2 lata wytężone prace organizacyjne, urzędowe i budowlane pozwoliły na otwarcie kolonii latem 1930 r. Potem  przy ciągłej rozbudowie i modernizacji - regularnie przyjeżdżała młodzież na wakacje aż do wybuchu II wojny światowej.
Ta wielka nasza narodowa tragedia położyła kres tak szerokiej działalności ks. Józefa Winkowskiego. Pozostała mu wtedy tylko Służba Boża w parafii i delikatna skromna pomoc potrzebującym. Po wojnie wraca na kilka lat do nauczania religii, próbuje też dawnej działalności. W jednym że swoich listów z 15 XII 1945 opisywał ten czas:
„Mam I i II kl. „Kółko” niby I piątek, niby narybek zakazanej SM.  Idzie dobrze, członków 75 wcale porządnych. Może z tego coś będzie. Pisał tu z Anglii b. prefekt S. M. Józef Krasiński, kpt lotnictwa polskiego. Zacny chłopiec, pamięta.”

        W 1947 r. umiera mu matka, wzór pobożności i patriotyzmu, a sam też niestety podupada na zdrowiu i musi się poddać amputacji nogi. Przechodzi na emeryturę, nadal jednak pracuje w parafii, poświęca wiele czasu na pisanie, korespondencję z rozrzuconymi po świecie przyjaciółmi i wychowankami.

        Powojenna socjalistyczna rzeczywistość naszej Ojczyzny, ograniczenia działalności społecznej, rozwiązanie wszystkich niesocjalistycznych organizacji stają się wielkim osobistym dramatem ks. Józefa Winkowskiego. Boleje nad losem śnieżnickiego dzieła: kolonia i las przechodzi tzw. nacjonalizację, czyli zagarnięcie przez państwo. Pisze do swojego przyjaciela, a niegdyś ucznia ks. Stanisława Hyca (19 VI 1947 r): „(…) rząd zabrał Śnieżnicę i budynki kolonii, na 10 lat oddaje na kolonię Ymce za przeprowadzenie remontu. Praca i trudy 12 lat, ogromny majątek idzie w ręce obcych i przestaje służyć sodalicjom. (...) Dlatego proszę nie zaniedbuj modlitwy za Twego księdza i wspieraj mnie jak dotąd przed Panem Jezusem.

        W willi „Jarosta” przy ul.  Łukaszówki w swoim mieszkaniu na I piętrze umiera ten spracowany kapłan dnia 8 czerwca 1951 r. Uroczystości pogrzebowe (trwały 4 godziny) i zgromadziły rzesze wiernych z Zakopanego, uczniów i uczennic przybyłych także z daleka. Został pochowany na nowym cmentarzu przy ul. Nowotarskiej, przy swojej matce Klementynie. Napis na nagrobku krótko streszcza życie ks. Józefa: „Kapłańskich cnót wzór świetlany, gorący miłośnik młodzieży i wychowawca jej mądry, niestrudzony pracownik słowem, piórem czynem”. Na ich skromnym grobie często widać kwiaty i płonące znicze. Ktoś jednak pamięta!

Kalendarium z życia ks. Józefa Winkowskiego

1888, 23 stycznia — w Rzeszowie przychodzi na świat Józef Winkowski
1897, 13 listopada — I spowiedź i I Komunia św. w Krakowie u sióstr Felicjanek
1897 — ministrant w czasie wakacji w Poroninie, potem  u s. Felicjanek w Krakowie
1905 — wyjazd do Rzymu - pielgrzymka uczniów gimnazjów polskich z Galicji
1906, 5 lipca — matura w Cieszynie
1906—1910- studia polonistyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie
1907 — kierownik kółka śpiewaczego Katolickiej Młodzieży Rękodzielniczej, także prezes Sodalicji Mariańskiej Studentów
1910 — wstąpienie do krakowskiego seminarium duchownego

1914, 29 czerwca — święcenia kapłańskie
1914 — lipiec — przyjazd do Zakopanego w celach zdrowotnych, pozostanie tam z powodu wybuchu wojny, podjęcie funkcji katechety w gimnazjum
1917, 2 grudnia założenie Sodalicji Mariańskiej w gimnazjum w Zakopanem
1919, 2 czerwca
powołanie w Krakowie (kościół św. Barbary) Związku Sodalicji Mariańskich Uczniów Szkól Średnich, ks. Józef Winkowski zostaje Prezesem
1920 — wydanie pierwszego numeru miesięcznika Sodalicji Mariańskiej „Pod znakiem Maryi” w Zakopanem

1922 — 1 rekolekcje dla młodzieży (Bielany, Kalwaria Zebrz., Dębno,  Wolsztyn)

1928 rozpoczęcie budowy kolonii letniej na Śnieżnicy
1929 — lato - podróż nad Adriatyk (Split, Makarska) - wypoczynek zalecony przez lekarza
1930 pierwszy przyjazd uczestników kolonii letniej na Śnieżnicę
1931 — podróż do Niemiec i do Paryża
1936 — zmiana mieszkania z Domu Ludowego - do willi Jarosta, os. Łukaszówki
1937 — odznaczenie Złotym Krzyżem Zasługi podczas 25-lecia gimnazjum
1937 lato podróż do Austrii, odwiedzenie tamtejszego Ośrodka Sod. Mariańskiej
1937 — śmierć ojca ks. Józefa Winkowskiego

1940—1944 — zajęcia w zakopiańskim liceum i szkole handlowej

1946 próby wskrzeszenia Sodalicji Mariańskiej w Zakopanem. Początek choroby
1947— marzec — amputacja nogi ks. J. Winkowskiego i śmierć matki
1947 — Msze św. w kaplicy domowej, w miejscu zamieszkania (willa Jarosta)
1948 — przejście na emeryturę
1951, 8-10 czerwca — śmierć i pogrzeb na nowym cmentarzu w Zakopanem
2001 — czerwiec — uroczystości 5O-lecia śmierci ks. J. Winkowskiego w Zakopanem i na Śnieżnicy

 

 Kolonia na Śnieżnicy

     Wielkie zaangażowanie ks. J Winkowskiego w pracę z młodzieżą, dobra znajomość jej potrzeb duchowych, ale też i fizycznych, wreszcie duże doświadczenie pedagogiczne i organizacyjne, stoją zapewne u podstaw tego wielkiego i trudnego dzieła którego się podjął - urządzenia stałej kolonii letniej. Miał już kilkanaście lat kapłaństwa i prawie 40 lat życia. Powiedzielibyśmy - był w sile (albo kwiecie) wieku. Działająca od prawie 10 lat sodalicja szkolna i wielkie  grono jej oddanych przyjaciół wśród nich także biskupów, wielu życzliwych proboszczów z całej Polski, do tego trochę właścicieli ziemskich i przemysłowych, a przede wszystkim głębokie przekonanie i wiara w Bożą pomoc, opiekę Matki Bożej nad Związkiem stwarzały sprzyjające zaplecze do działania.

       Na Zjeździe w Częstochowie latem 1930 mówiąc o sytuacji młodzieży w Polsce, powiedział: „Młodzież nasza znalazła różnych opiekunów przynieśli jej letniska, obozy kolonie, sporty, porywali hasłami fizycznego rozwoju, ale w zamian jakże często wiedli na szlaki mglistej, protestantyzujacej religijności i moralności czysto przyrodzonej… A my? Na kartach miesięcznika sodalicyjnego, miesiąc za miesiącem  i rok za rokiem znaczyliśmy czarne posępne krzyże nekrologów naszych najlepszych, ukochanych chłopaków, których zmogła gruźlica, wycieńczenie i bieda w ojcowskiej lepiance, czy wielkomiejskiej suterynie. Sodalicja Marjańska rzuciła hasło Kolonii letniej, hasło słońca, powietrza, lasu, i gór, i wody przeczystej.”

       W innym miejscu przedstawia zatrważające cyfry o stanie zdrowotnym młodzieży szkolnej męskiej (dla której powołał sodalicję) z których wynika, że w roku
szkolnym 1927/28 zachorowało 43.602 uczniów, co stanowi 17,5%, zaś umarło 312. tj. 1,2 %. Najczęstszymi chorobami była grypa, gruźlica, odra, zapalenie płuc, świnka, jaglica, szkarlatyna. Nie wystarczyło przecież wzywanie, które znajdujemy w miesięczniku dla nich: „Chłopcy szanujcie zdrowie, chrońcie zdrowie, nie narażajcie go bez potrzeby w tak bardzo już, bez tego ciężkich warunkach zdrowotnych...”.

       Wzywa też do czytania odpowiednich książek na ten temat, do wykorzystania każdej chwili na wypoczynek w przyrodzie, „aby odetchnąć czystym powietrzem, użyć ruchu, nachwytać w siebie słońca i jego cudownej energii.” Nic dziwnego, że wielkim marzeniem i dążeniem tego wielkiego Przyjaciela Młodzieży było znalezienie miejsca na letni wypoczynek dla niej. Bardzo się ucieszył gdy „wyjątkowa sposobność postawiła nam na drodze tych zamierzeń cudowny zakątek ziemni polskiej, blisko 180 morgów lasu na południowych stokach góry… Tylko 50.000 zł żądano od nas — mieliśmy w kasie z trudem uciułane 2.000. A jednak ten las na Śnieżnicy kupiliśmy…”

      Pierwsze odwiedziny i rozpoznanie na Śnieżnicy miały miejsce 26 IX 1927 r., potem nastąpiły energiczne, choć żmudne przygotowania formalne, organizacyjnej oczywiście finansowe. Sodalicja w Zakopanem pierwsza zaczęła zbierać fundusze (nie były to tak znane dziś kwesty, ale różne imprezy artystyczne, patriotyczne i religijno–kulturalne, na których zbierano datki na ten cel) i propagować śnieżnicką sprawę. Pisze ks. J. Winkowski: „Pierwsza wiadomość o kolonii ukazała się u 3 numerze PZM z  grudnia 1927 r. W tymże miesiącu wydaliśmy 100.000 cegiełek z życzeniami noworocznym, które sodalisi rozprzedali w czasie świąt Bożego Narodzenia, przysparzając z tego źródła kilka tysięcy złotych”.

      Zarząd Związku, a właściwie to przede wszystkim sam Prezes — ks. Winkowski wydawali przez kolejne lata szereg odezw, które nie tylko publikowano, ale także wysyłano z odpowiednimi listami do biskupów, innych znaczniejszych duchownych i wielu świeckich ludzi, mogących pomóc sprawie. Były też obrazki, znaczki, cegiełki i inne drobne a konkretne pamiątki mające rozpowszechnić sprawę. Trzeba przyznać, że wszystko to dość szybko przyczyniało się do wzbudzenia zainteresowania kolonią i miało to swój wyraz w rosnącej kwocie pieniężnej, która potem była wpłacana na wykup terenu. Publikuje to bardzo dokładnie co pół roku odpowiednie sprawozdanie, nie będę tu przytaczał cyfr i dat, nie mogę jednak pominąć pierwszych kilku zdań I Odezwy: „W uroczej dolinie Raby, na południowych stokach Śnieżnicy tworzymy kolonie letnią dla naszych Ukochanych Uczniów, sodalisów z pod znaku Maryi, ze wszystkich szkół średnich naszej Ojczyzny. Dzieciom miast chcemy dać parę tygodni przeczystego powietrza naszych gór, parę tygodni na słońcu i w lesie i nad kryształowym zdrojem wartkich wód. Ze wszystkich dawnych dzielnic i ziem zjednoczyć je chcemy  przy wspólnym, obozowym ognisku, w czystej, zdrowej atmosferze Chrystusowego i Marjańskiego ducha, pod troskliwą, serdeczną opieką naszych Księży Prefektów. O własnych siłach uczyniliśmy pierwsze kroki, przygotowaliśmy wstępne prace, zapewniając sobie obszerny słoneczny teren w możliwie idealnych warunkach polskich Beskidów. Dziś przeto ze spokojem całym, ale i z głęboką ufnością zwracamy się o pomoc do wszystkich tych, którym moralne i fizyczne zdrowie Ukochanej Młodzieży polskiej, uczącej się i chowającej na przyszłą inteligencję Narodu, leży na sercu.”

       Od samego początku było zamierzone otwarcie kolonii, choćby w najskromniejszych rozmiarach już w lecie 1930 r. Już w okresie jesienno - zimowym (1927/28 r.) przygotowano znaczne ilości drewna i kamienia - wszystko z sodalicyjnego, choć nie zapłaconego jeszcze lasu. Gdy przyszła wiosna zabrano się energicznie do robót budowlanych. Na śródleśnej polanie, służącej dotąd jako pastwisko dla bydła (krów i wołów, owce wypasano na wyższych polanach, halach) nie brakowało źródlanej wody, której obfitością i smakiem i my się dziś cieszymy. Do transportu służyły konie i wspomniane woły, które dziś już rzadko kto zaprzęga do pracy. Bardzo wielką pomocą organizacyjną i doradztwem służył mszański dziekan i proboszcz ks. Józef Stabrawa.

       W lipcu 1929 r. odbyła się wycieczka ks. Winkowskiego z kilkoma sodalisami na Śnieżnicę. Przyjechali krynickim pociągiem z Zakopanego, obarczeni kocami, plecakami, a co najważniejsze, świeżo w Krakowie zakupionymi 12 siennikami, z żywnością niezbyt, jak się okazało bogatą na śnieżnickie apetyty. Zanocowano w pierwszym budynku na Śnieżnicy, który przy okazji tej wycieczki został uroczyście poświęcony. W miesięczniku sodalicyjnym znajdujemy barwny i dokładny opis (Pierwsza noc na Śnieżnicy, „Pod znakiem Maryi” nr 2/1929r.) tego historycznego wydarzenia, które było umocnieniem wśród trudów wszelkich starań i robót. W tym opisie nie brakuje zachwytu nad każdym niemal szczegółem. „Stróż pilnujący materiałów wręcza nam klucze. Obejmujemy schronisko w posiadanie Związku. Ale mimo radości… czas pomyśleć o posiłku, a potem o pierwszym historycznym noclegu! Za chwilę bucha ognisko podsycane własnym drzewem, wre woda z własnego źródła. W powietrze idzie aromat herbaty. Głód i pragnienie zaspokojone, więc chłopcy rozwijają sienniki [...] Ks. Moderator przywieziony ze sobą obrazek MB Częstochowskiej umieszcza wysoko na ścianie umajonej świeżymi  gałęziami, a przybrawszy się w komżę i stułę, poświęca w asyście swych chłopaków schronisko i nie wykończoną jeszcze kuchenkę. Tak pierwsze widzialne owoce naszych blisko dwuletnich prac i serdecznych zabiegów składamy pod opiekę naszej najlepszej Patronki i Matki. Niechże ona będzie tej sodalicyjnej siedziby Umiłowaną, Najdostojniejszą Gospodynią.”

       Minął jeszcze rok pełen dalszych prac budowlanych i można było zorganizować pierwszą kolonię, był to jedyny turnus (8 VII - 9 VIII 1930) liczący 13 uczestników, jak podkreślał ks. Winkowski z wszystkich niemal ziem Rzeczypospolitej. Ten ogólnopolski charakter kolonii był bardzo ważny i ze względu na jej taki właśnie status, jak i jednoczące oddziaływanie, tak potrzebne wtedy po niedawnym odzyskaniu niepodległości i scaleniu ziem polskich. Wielu głębiej zaangażowanych uczestników czy też gości na Śnieżnicy podkreślało wielkie znaczenie integracyjne kolonii dla przyszłości młodej inteligencji polskiej! Kolonie prowadził ks. Aleksander Rajda wikariusz z Mszany Dolnej, a po nim ks. Antoni Jochemczyk z Pszczyny. Jeszcze przed tym I turnusem kolonię odwiedził 30 maja ks. kard. Adam S. Sapieha, metropolita krakowski, żywo interesując się przygotowaniami do sezonu, a był tu także potem i drugi raz w lipcu 1936 r.

       Na zamknięcie I kolonii przybył mszański dziekan i proboszcz ks. Józef Stabrawa. Zakończenie pobytu wiązało się za każdym razem z całkowitym zwijaniem całego gospodarstwa, a więc zabierano wszystkie sprzęty z kaplicy, z kuchni, na sypialniach nie bywało nic szczególnego, ale okna - jak wszędzie - trzeba było zabić deskami, spuszczano (po 1933 r.) wodę z basenu, ze świetlicy zabierano książki i gry. Kronika dostarcza dużo dokładnych wiadomości o każdym kolejnym roku, o poszczególnych turnusach, podaje uczestników prowadzących, są opisy nie tylko wycieczek ale i ognisk, referatów, nabożeństw, są też listy gości. Znajdujemy też informacje o postępującej rozbudowie kolonii i jej ulepszaniu. W 1932 r. zbudowano Prezesówkę, dwa lata potem Zakopiankę. Wiosną 1939 r. stanęła nowiutka Krakowianka (dziś nie istniejąca). Te budynki projektował zakopiański architekt inż. Eugeniusz Wesołowski. Był też budynek Wilnianka. Te nazwy  brały się od miast, z których sodalicje najwięcej złożyły na budowę kolonii.

      Nie ma tu miejsca na cytowanie wszystkiego, choć opisy są bardzo ciekawe i każdy wnosi ważny element do obrazu całości tego wielkiego i pięknego dzieła. Wycieczki np. odbywały się często w kilku grupach i w różnych kierunkach, zależne zapewne od kondycji uczestników a trzeba powiedzieć, że najczęściej było dobrze ponad pół setki chłopców. Regularne wycieczki były do klasztoru Cystersów w Szczyrzycu (zawsze z wychwalanym poczęstunkiem: ziemniaki, kwaśne mleko, nieraz kiełbasa i piwo!) z odwiedzeniem pustelnika. Innym częstym kierunkiem był Turbacz przez Mszanę D., Niedźwiedź i Porębę, powrót niekiedy przez Jasień i Mogielicę oraz Ćwilin. Były też wycieczki w Pieniny.

       Na kolonii były też regularne zajęcia sportowe. Od samego początku były dwa boiska: duże do piłki nożnej i mniejsze do siatkówki, od 1933 r. doszedł basen kąpielowy (6 x 12 m i 50 do 180 cm głębokości). Grano też w ping-ponga a codziennie była gimnastyka poranna. Uczestnicy mieli też obowiązek robót publicznych, czyli różnych prac na rzecz kolonii, co przy ciągłej budowie było bardzo ważne. Kierownik kolonii z lipca 1936 r. ks. Dr Józef Rozwadowski (późniejszy biskup łódzki) odnotowuje, że te dwa obowiązki kolonistów „cieszyły się najmniejszą sympatią i niejedna też nagana poleciała za ich opuszczanie.”       Dodajmy, że posiłków dziennie było aż 5, a zauważymy obraz pobytu nastawionego rzeczywiście na podreperowanie i rozwinięcie tężyzny fizycznej. Każdy otrzymywał książeczkę kolonisty, gdzie był regulamin, modlitwy i miejsce na wpisywanie różnych pożytecznych informacji i notatek, także swojej wagi w dzień przyjazdu i potem w dzień wyjazdu! Kuchnie prowadził świecki personel, w ostatnich latach, gdy było odpowiedniejsze mieszkanie (nad kuchnią) przyjeżdżały Siostry Serafiki z Oświęcimia. Oczywiści nie było elektryczności, świecono lampami naftowymi, a chłodnię stanowiła lodownia — piwnica zrobiona w skarpie koło kuchni, gdzie zabezpieczony zimą zapas lodu utrzymywał temperaturę wystarczającą do przechowywania mięsa.

       Pod rokiem 1933 znajduje się opis ciekawego wydarzenia: ks. Stanisław Motyka z Krosna przywiózł radioodbiornik, co wzbudziło ogromną radość na kolonii. Pogoda nie sprzyjała żadnym zajęciom na zewnątrz - będzie można słuchać radia, będą wieści ze świata. Niestety z tym urządzeniem było więcej kłopotu niż pożytku, gdyż przywieziony i wypożyczony w Mszanie akumulator był mało naładowany. Gdy następnego dnia kupiono w Limanowej nowy — po krótkiej radości (wysłuchano tylko audycji operowej)
spaliła się cewka i aparat zamilkł. Nie wiemy kiedy go znowu naprawiono.

       Do ważniejszych ciekawostek należy krótki opis wizyty ks. J. Winkowskiego na Śnieżnicy w zimie! Miała ona miejsce 28 rudnia 1936 r. nazajutrz po uroczystościach prymicyjnych ks. Jana Krasińskiego w Mszanie Dolnej, gdzie ks. Moderator był kaznodzieją. Pisze on w Kronice: „Na drugi dzień przy wybornej sannie i  prześlicznej pogodzie przyjechałem z ks. kan. Stabrawą pod Gruszowiec, skąd brnąc w śniegu powyżej kolan, wśród ciepła, które kazało iść w samych sutannach, doszliśmy z trudem na Kolonię. Cała w nieskalanym śniegu, skąpana w słońcu, cicha że słychać było śnieg lecący z drzew - zrobiła naprawdę niezwykłe urocze wrażenie. Chłopcy nasi mieliby tu wiele radości i w zimie. Może kiedyś i zimowa kolonia nacieszy się tym niezrównanym pięknem Śnieżnicy w białej szacie, słońcu i mrozie.”

        Do czasu wojny zdążyło się odbyć 10 kolonii po 2 turnusy (z wyjątkiem roku 1930 - gdy był tylko jeden), to było uczestników dobrze ponad pół tysiąca. Prócz regularnych kolonii odbył się na Śnieżnicy pod koniec lipca 1938 r. kurs instruktorski dla prezesów i konsultorów SM z krakowskiej prowincji kościelnej. Co roku też przybywał tu na Zielone Święta ks. J. Winkowski z grupą zakopiańskiej młodzieży.

       Czasem i poza wakacjami miała tu miejsce jakaś wycieczka młodzieży z krótkim pobytem; gdy była zgłoszona mogła od leśniczego otrzymać klucze. Np. w r. 1933: „dnia 28 maja wycieczka Sodalicji i Harcerstwa z Myślenic pod wodzą prezesa sodalicji Mieczysława Batko wyruszyła piechotą po sumie niedzielnej w liczbie 20 uczniów. Celem wycieczki było zwiedzenie Kolonii sodalicyjnej, dokąd przybyła ona około godziny 17-tej w drodze powrotnej ze szczytu… Po wygodnym noclegu wyruszyli o godzinie 7 rano z powrotem pieszo do Myślenic, unosząc jak najmilsze wrażenia z Kolonii, której położenie niezmiernie się im podobało. W Mszanie Dolnej kartkę z pozdrowieniami i podpisami uczestników wysłano do ks. Prezesa.

 [Sodalis Marianus 3 (4), 2003, 3-16]

 

 

 

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Concept design by MediaMente.biz